1 lipca zacząłem miesiąc wakacji. Obecnie w niejakim Foligno, a właściwie w pociągu 4727, którym skaczę do Spoleto. Trochę ładnych górek beskidopodobnych w tej Umbrii, no i miasteczka warstwowe - fundament starożytny, wypełnienie średniowieczne i ledwie lekkie omszenia współczesnością. Nie dość, że chłodniej, to jeszcze wyobraźnia płata figle i przenosi w czasie. Foligno akurat po dwóch trzęsieniach ziemi i bombardowaniach w czasie wojny - żyje sobie bez przesady i presji na atrakcyjność. Dumny posiadacz antycznego łuku, placu Garibaldiego i mniej lub bardziej zarośniętej strugi Topino. Nie liczę świątyń. Włoskie kościoły, to jest jakiś przekręt. Małe pipidówy jak Spello (8 tys. mieszkańców) mają po kilka wyjebjaszczych mini katedr, pobazgranych jeszcze w wiekach średnich ówczesnymi memami o charakterze umoralniającym i edukacyjnym.
Superfajna jest komunikacja - tych flaviuszowych ani innocentowych uliczek się nie da poszerzyć, więc rozumiem Vespy, i ich wersję ciężarową - śmieszne trzykołowe Apy. Stwierdzam - w Polsce nic nie wiemy o Pandach (wersja 4x4 z lat '90!). Ale oni jeżdżą w tych labiryntach autobusami. W dodatku brak jezdni czy chodnika - wszyscy sobie serdecznie wymyślamy, ale żyjemy. Jak widać da się bez zasad.
Wczoraj Spello, miasteczko - skansen, w dodatku z szalonym pomysłem na doroczny konkurs ukwiecania. Jest jak zbyt napalony/a kochanek/anka. Pierwsze dwie godziny w pełnym zachwycie, po 4 masz dosyć, ale jeszcze się uśmiechasz, po 6 przeklinasz kolejne czarujące zaułki, przejścia, ukwiecone balkoniki i słodkie kotki na półkach z bookcrossingiem.

Fontanna w kształcie żółwia, gołąb mu pije z dzióbka, w dodatku głową w dół i z łapą w oku. Oku żółwia.
ALT